Od nowa. >> wtorek, 28 kwietnia 2009 20:53:19

No dobra. Bez ryzyka nie ma zabawy...
Powróciłam do pisania. Na jak długo i z jakim efektem, to jeszcze nie wiem. Ale mimo to cieszę się, że tak się stało.
Prezentuję wam nową notkę. Liczę na długie i szczere opinie. To dla mnie ważne... bo to od was teraz zależy, czy będę kontynuować pisanie.
Życzę powodzenia maturzystom, dużo miłości wszystkim zakochanym oraz powodzenia tym, którym dotąd się nie udawało.
Miłej lektury!


Rozdział XXI
„Wołanie o miłość.”



- Pierwszy dzień nowego semestru i już tyle nam dowalili! Czy oni myślą, że nie mamy nic ciekawszego do roboty niż odrabianie beznadziejnych prac domowych? – jęknął Ron, gdy przedzierali się przez zaśnieżony dziedziniec.
- Gdybyś nie narobił sobie tak dużo zaległości w poprzednich miesiącach, nie musiałbyś teraz ślęczeć tyle nad książkami – skwitowała Hermiona, spoglądając kpiąco w stronę cieplarni.
- Na zielarstwie się świat nie kończy – bąknął rudzielec.
Hermiona westchnęła z dezaprobatą.
- Patrzcie – powiedział Harry, wskazując na podcienia arkad. Zatrzymali się.
- To Lupin i Annie, o ile mnie wzrok nie myli – powiedziała Hermiona. Nie wyglądają na radosnych. Ciekawe, o czym rozmawiają…
- O rany, pewnie o lekcjach. Czy to takie ważne? Jestem potwornie głodny. Możemy już iść na obiad? – wtrącił Ron, niecierpliwie przestępując z nogi na nogę.
Widząc wzburzoną minę Hermiony zapowiadającą ostrą dyskusję, Harry natychmiast powiedział:
- Jestem za. A do tej sprawy na pewno wrócimy później.
Ron wzruszył ramionami i z zadowoleniem ruszył w stronę Wielkiej Sali. Harry i Hermiona poczłapali za nim.

~~*~~**~~***~~**~~*~~

Na wszystkich lekcjach nauczyciele rozpoczynali nowe tematy i wymagali maksymalnego skupienia, przerwy natomiast mijały bardzo szybko i dopiero po skończonych zajęciach, idąc do Pokoju Wspólnego, mogli powrócić do dyskusji.
- Wciąż mam wrażenie, że ujrzałem Annie po raz pierwszy nie w Hogwarcie, ale na jakiejś starej fotografii. Nie daje mi to spokoju – powiedział Harry, wpatrując się w swoje stopy.
- Skup się, może wreszcie sobie przypomnisz, co to było za zdjęcie – rzekła Hermiona.
Harry przymknął oczy i zacisnął dłonie w kieszeniach. Zatrzymał się na chwilę. Kiedy spojrzał na swoich przyjaciół, kątem oka zauważył za nimi szklaną gablotę ze zdjęciami i pucharami członków dawnych drużyn Quidditcha. Podszedł ku niej i przyjrzał się uważnie jednemu ze zdjęć.
- Już wiem! Spójrzcie! To rodzice Annie! – wykrzyknął Harry.
- I co w związku z tym? – zapytał Ron, ziewając przeciągle.
- Annie jest bardzo podobna do swojej matki. Dlatego skojarzyłem ją z tym zdjęciem. Tuż obok znajduje się zdjęcie drużyny mojego ojca, które oglądam tu już od 6 lat!
- W porządku, Harry, wszystko się zgadza. Ale dalej jesteśmy w martwym punkcie. Nie wiemy, jaką tajemnicę skrywa jej przeszłość i dlaczego rozmawiała dziś z Lupinem mając tak poważną minę – odrzekła Hermiona, rozkładając bezradnie ręce.
Harry zamyślił się.
- Może szukamy w złym miejscu. A jeśli kluczem do całej historii jest właśnie Lupin?...
- Ja nie widzę w tym nic nadzwyczajnego. Hermiono, może lepiej pomogłabyś mi w tym cholernym eseju dla McGonagall, skoro jesteś tak do przodu z materiałem? – wtrącił Ron.
Hermiona spojrzała wymownie w sufit. Przeczuwała, że Harry miał rację. Widząc jednak sceptyczne nastawienie Rona, postanowiła rozwikłać zagadkę tylko z Harrym, nie wtajemniczając w to rudzielca. Tak na wszelki wypadek.

~~*~~**~~***~~**~~*~~

Harry i Ron gorzko pożałowali swojego dotychczasowego lenistwa, Owutemy zbliżały się bowiem wielkimi krokami i cały tydzień upłynął im pod znakiem ciężkiej pracy od świtu do nocy. Kiedy w sobotnie popołudnie odrabiali kolejne prace domowe, Hermiona sprawiła sobie chwilę wytchnienia i gdy profesor Lupin miał dyżur, zakradła się do pokoju aurorów z nadzieją, że spotka tam Tonks. I nie pomyliła się.
Różowowłosa jak zwykle pogrążona była w stosie papierów. Za uchem miała zatknięty magiczny ołówek, a jej lewy policzek wypchany był okrągłym lizakiem. Hermiona zachichotała na jej widok, czym zwróciła na siebie jej uwagę.
- Cześć, Hermiono – przywitała ją z uśmiechem. - Siadaj, pogadamy – dodała, wskazując jej krzesło znajdujące się najbliżej biurka. – Co słychać? – spytała, odsuwając od siebie papiery. Wyciągnęła z szuflady talerz ciasteczek i rozsiadła się wygodnie w fotelu.
Hermiona sięgnęła po ciastko z niepewną miną. Nie wiedziała, od czego zacząć.
- Wszystko w porządku. Mam dużo nauki… - bąknęła. Tonks przyjrzała jej się uważnie.
- Coś się stało? – spytała.
- Nie. Tak tylko chciałam pogadać. Zauważyłam, że ty i profesor Lupin…
Jak na zawołanie w drzwiach ukazała się zaciekawiona twarz Lupina.
- Jak tam, kochanie? O, masz gościa… - rozpromienił się. Wszedł do pokoju, wziął jedno ciasteczko i skradł Nimfadorze całusa. – To ja wpadnę później – mrugnął okiem i już go nie było.
- Aaa, więc o to chodzi…! – powiedziała z uśmiechem Tonks. – Wszystko potoczyło się tak nagle… Zupełnie się tego nie spodziewałam – dodała. – Była wigilia, a ja miałam tak podły nastrój…
Hermiona z wielkim zainteresowaniem chłonęła każde jej słowo.
- … McGonagall obłożyła mnie papierkową robotą, rozumiesz. W każdym razie siedziałam tu, wściekła na cały świat, i wtedy przyszedł On. Patrzył na mnie z taką troską, spokojem, ciepłem… A ja wręcz kipiałam ze złości. Chciał dokończyć za mnie robotę i wysłać mnie do domu, a ja oczywiście się nie zgodziłam – kontynuowała, opychając się ciasteczkami. – Chyba miał dość mojego gadania, bo przyciągnął mnie do siebie i pocałował.
- Ojej… - szepnęła Hermiona. Z radości zalśniły jej oczy.
- I wtedy mój świat przewrócił się do góry nogami. Byłam niesamowicie szczęśliwa. Myślałam, że zaraz odfrunę… - dodała Tonks rozmarzonym głosem.
- I co było później? – zapytała natychmiast Hermiona.
- Nic. Wróciłam do domu, tak jak prosił. Za to calutkie Boże Narodzenie spędziliśmy razem. Obrzucał mnie śnieżkami i całował mnie na przemian. Karmił mnie słodkościami, łaskotał, i znów całował. W życiu nie byłam tak szczęśliwa.
- Spełniło się twoje marzenie, prawda?... – spytała po chwili Hermiona. Tonks pokiwała głową.
- A jak tam twoje marzenie? – zapytała różowowłosa.
Hermiona głośno przełknęła ślinę.
- Harry to wciąż tylko mój przyjaciel – bąknęła, odwracając wzrok.
- Jesteś pewna?
- Co masz na myśli?
Tonks popatrzyła na nią znacząco.
- No wiesz… Faceci nie chcą się przyznać do swoich uczuć. Nie zauważyłaś żadnych sygnałów?
Hermiona pokręciła przecząco głową.
- Tylko pamiętaj, nic na siłę… On sam musi to zrozumieć. Ty możesz tylko w duszy wołać o miłość…


Był już późny wieczór. Niebo pokryło się milionem gwiazd. Ośnieżone błonia lśniły blaskiem okiennych świateł.
Pokój Wspólny Gryfonów był już pusty. Drewna w kominku iskrzyły się łagodnie, rzucając na ściany długie cienie.
Harry siedział na parapecie z kubkiem kakao w ręku, zapatrzony w niebo i jakby nieobecny.
Hermiona przeszła przez dziurę w portrecie, ziewając głośno. W głowie wciąż szumiały jej skrawki opowieści Tonks. Długo zastanawiała nad jej słowami. Próbowała znaleźć choć jeden szczegół, sygnał, znak świadczący o jakichkolwiek głębszych uczuciach Harry’ego wobec niej.
A ostatnia wyprawa do Hogsmeade? Rzucaliśmy się śnieżkami, i gdy w pewnej chwili upadłam na niego, wydawało mi się, że chciał… że zamierzał… mnie pocałować. A może to tylko moja chora wyobraźnia – skarciła się w myślach. – W każdym razie było w tym coś dziwnego. Wiele razy byliśmy blisko siebie, ale nigdy nie patrzył na mnie takim wzrokiem… To wszystko nie ma sensu – westchnęła. – Potrzebuję go zawsze, a on mnie tylko wtedy, gdy ma jakieś kłopoty. Patrzę na niego czule i serdecznie, a on w zamian spogląda na mnie podejrzliwie, z zaciekawieniem albo z rozbawieniem. Tęsknię za nim, gdy nie widzę go dłużej niż kilka godzin, ale jemu w głowie tylko strata Dumbledore’a i kolejny mecz Quidditcha. Pragnę wspierać się na jego ramieniu, a nie wciąż być jego oparciem. Tyle dla niego zrobiłam, a on nadal traktuje mnie jak przyjaciółkę… Mimo to nie potrafię się na niego gniewać. Chyba jednak zwariowałam – skwitowała.
Półmrok panujący w pokoju dopiero po chwili zdradził jej obecność Harry’ego. Odchrząknęła nerwowo i odgoniła pochmurne myśli. Podeszła do niego łagodnym krokiem i położyła dłoń na jego ramieniu. Spojrzał na nią i uśmiechnął się lekko.
- Chcesz trochę? – zapytał, wyciągając ku niej prawie pełen kubek. Skinęła głową. Upiła kilka łyków i odstawiła kakao na stolik.
- Czemu jeszcze nie śpisz? Dochodzi północ.
- Chciałem trochę pomyśleć.
Przyjrzała mu się dokładniej.
- Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, co się dzieje z naszymi bliskimi po śmierci?
Zaskoczył ją tym pytaniem. Nie wiedziała, jakiej odpowiedzi mu udzielić. Wtedy zauważyła, że trzymał w dłoni coś jeszcze.
Harry rozluźnił palce i przeniósł wzrok z Hermiony na złoty łańcuszek swojej mamy, który dostał w prezencie od Lupina.
- Myślisz, że ich dusze są gdzieś tu, w pobliżu? Że czuwają nad nami?
- Na pewno – odparła. – Dlaczego pytasz?
Westchnął. Zacisnął dłoń i schował łańcuszek do kieszeni.
- Może wydać ci się to śmieszne, ale tęsknię za Syriuszem. Zginął zaledwie 2 lata po tym, jak po 12 latach samotności odzyskałem nadzieję, że coś się zmieni, że wreszcie przestanę być sierotą. Zginął, zanim zdążyłem się nim nacieszyć. I to w dodatku przez moją głupotę.
Wspięła się na parapet i usiadła naprzeciwko niego.
- Chcesz znowu to rozdrapywać i pogrążać się w cierpieniu? Zamiast tego pomyśl, ile pięknych chwil z nim spędziłeś i jak dużo ci przekazał, a ile dobrego ty dałeś jemu. Uratowałeś mu życie! Dzięki tobie choć przez chwilę czuł się potrzebny, kochany.
- Dumbledore też to powtarzał… - mruknął Harry. Podwinął kolana pod brodę i objął je rękami.
- Syriusz dał ci namiastkę miłości, którą ty przekażesz dalej. Może właśnie tak miało być… Coś umiera, żeby coś mogło żyć.
Harry podniósł głowę i wlepił w nią zaciekawione spojrzenie.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
Zawahała się.
- Dał ci nadzieję na lepsze życie. Pełne rodzinnego ciepła i radości. Nie pozwól, by to wszystko w tobie umarło. Spraw, by te same uczucia zrodziły się w kimś innym!
- Mówisz o miłości?
Nabrała głośno powietrza. Bała się, że ta rozmowa wkracza na niebezpieczne tory.
- Uważasz, że to coś złego?
- Chyba nie jestem na to gotowy – bąknął, odwracając od niej wzrok.
- Bzdura. Wystarczy otworzyć swoje serce – odparła, ujmując jego dłonie w swoje.
Ten gest sprawił, że oblało go przyjemne ciepło. Zdał sobie sprawę, że Hermiona była przy nim zawsze, gdy tego potrzebował. W chwilach triumfu i porażki. Wyciągała go z kłopotów i ratowała mu życie. Zawsze służyła pomocą, radą, wsparciem. Nieraz zastanawiał się, co skłania ją do tego wszystkiego. Czy z jej strony to była na pewno tylko przyjaźń?
Pogłaskała go po policzku. Przytrzymał na nim jej dłoń, gdy próbowała ją cofnąć. Uśmiechnęła się.
- Świat cię kocha, Harry. Nie zmarnuj tego – powiedziała cicho. Wysunęła dłoń i zeskoczyła z parapetu. Chciał ją zatrzymać, ale jej spojrzenie wyraźnie mówiło, że temat został skończony. A może tylko tymczasowo urwany?...
Odprowadził ją wzrokiem i szepnął „Dobranoc”, gdy już wspinała się po schodach do swojego dormitorium.

Długo jeszcze rozmyślał nad tym, co mu powiedziała. Dopiero przed świtem położył się do łóżka z głową pełną pogmatwanych myśli. Czuł jednak, że pod słowami Hermiony kryło się jej osobiste wołanie o miłość…



Droga prawdziwej miłości nigdy nie jest gładka...

komentarze [7]





Pożegnania nastał czas... >> piątek, 5 września 2008 21:22:31

Wybaczcie mi, moi kochani, że nie było mnie tu tak długo.
Pobyt w sanatorium zmienił moje życie o 180 stopni. Jestem teraz zupełnie inną kobietą.
W tym roku szkolnym czeka mnie bardzo dużo pracy, w dodatku rozpoczęłam rehabilitację w szpitalu i zupełnie zabraknie mi wolnego czasu, bo mój mężczyzna mieszka 420 km ode mnie i to jemu będę go teraz poświęcać.
Skoro wyszły już "Insygnia Śmierci" i cała historia właściwie się skończyła, nie widzę dalszego sensu w prowadzeniu tego opowiadania. Myślałam nad całkowitym zamknięciem tego bloga. Wiem, że bardzo lubicie moje opowiadanie, ale ja uważam, że jest ono dość przeciętne, nie zaskakujące niczym nowym, o oklepanych i nudnych pomysłach (być może przedstawionych w nawet fajnej formie). Cieszę się, że moje pisarstwo się udoskonaliło, ale opowiadanie powinno mieć duszę, a to jej nie ma.
Nie podjęłam jeszcze ostatecznej decyzji. Jednak do końca tego miesiąca wszystko się już raczej wyklaruje... Póki co nowego rozdziału nie będzie. Przykro mi, że was zawiodłam.
Pozdrawiam serdecznie.

Droga prawdziwej miłości nigdy nie jest gładka...

komentarze [11]





Rozdział XX. "Magia Świąt..." >> niedziela, 8 czerwca 2008 13:47:42

Jestem z tej notki naprawdę zadowolona. Długo nad nią pracowałam i mam nadzieję, że wam także się spodoba.
Niestety, mam dla was smutną wiadomość. Tuż po zakończeniu roku szkolnego wyjeżdżam na miesiąc do sanatorium i w związku z tym kolejny, XXI rozdział nie ukaże się zgodnie z planem, czyli 8 lipca, lecz dopiero po moim powrocie, około 25 lipca. Wybaczcie. Przechodzę ostatnio lekkie załamanie nerwowe, mam mnóstwo zajęć i cierpię na chroniczny brak czasu i weny. Ten rozdział jest jednym z najdłuższych i myślę, że w ten sposób jakoś wam zrekompensuję tę 'długą rozłąkę'.

P.S. Co sądzicie o nowym szablonie?

Pozdrawiam serdecznie, życzę sukcesów w związku z zakończeniem roku szkolnego oraz trzymam kciuki za wasze udane wakacje.



Rozdział XX.
„Magia Świąt…”



Gruba warstwa śniegu pokrywająca okoliczne pola i łąki sprzyjała wesołym zabawom. Jak na drugą dekadę grudnia, pogoda była doskonała: słoneczna i bezwietrzna.
Hermiona i Harry toczyli bitwę na śnieżki, którą Harry zdecydowanie wygrywał. Ron wlókł się za nimi i obserwował ich z ukrywanym uśmiechem.
Płatki śniegu, które zaplątały się we włosach Hermiony, lśniły w blasku słońca. Zarumienione od lekkiego mrozu policzki tylko dodawały jej uroku. W ciągu tych kilkunastu sekund, kiedy przyglądał się Hermionie z odległości co najmniej 30 stóp, ona zdążyła obłożyć go kilkoma garściami śnieżnych kul. Kiedy ostatnia z nich uderzyła go prosto w twarz, wybudził się z letargu i puścił się biegiem za Hermioną. Śmiejąc się wniebogłosy, w końcu dała się złapać. Momentalnie straciła równowagę, a że Harry dość mocno trzymał ją w objęciach, oboje wylądowali w śnieżnej zaspie.
Dopiero po chwili poczuła na sobie ciężar jego ciała. Zrobiło jej się gorąco. Harry jednak ani myślał, żeby się podnieść. Otumaniony nagłą bliskością, pogłaskał ją po zaczerwienionym policzku. Hermiona uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
- Poddaję się. Wygrałeś tę bitwę – powiedziała, próbując zignorować fakt, że ich twarze dzieliło zaledwie kilka cali.
Harry uśmiechnął się triumfalnie. Nie mógł się oprzeć, by…
- Jeśli chcecie dotrzeć do Hogsmeade na wieczór, to całkiem nieźle wam to idzie – powiedział kpiąco Ron, nagle wynurzając się zza ogromnej zaspy śnieżnej.
Harry z trudem podniósł się z miejsca, następnie pomógł wstać Hermionie, i gdy zajęta była otrzepywaniem się ze śniegu, Harry posłał Ronowi jadowite spojrzenie. Rudzielec wyszczerzył zęby w uśmiechu i wskazał ruchem głowy na zbliżającą się w oddali grupę Puchonów.
- Założę się, że tam jest – dodał Ron.
- Co zamierzasz teraz zrobić? – zapytała Hermiona, starając się opanować motylki w brzuchu.
Harry wzruszył ramionami.
- Szczerze mówiąc, będę improwizował – odpowiedział, ruszając w stronę Puchonów.

Szedł ku niej powolnym krokiem. Jeszcze nie wiedziała, że ją obserwuje. Szeptała coś do swojej koleżanki. Zatrzymał się na środku drogi i schował ręce w kieszeniach. Czekał w napięciu. Tłum Puchonów wymijał go, burcząc coś pogardliwego pod nosem.
Zauważyła go prawie w ostatniej chwili i stanęła jak wryta. Jej koleżanka wyrwała się z jej lekkiego uścisku i wyminęła Harry’ego z kpiącym uśmiechem.
- Witaj, Annie – przywitał się, chyba zbyt sarkastycznie.
Bąknęła coś niezrozumiałego.
- Dlaczego nas unikałaś? – zapytał wprost, świdrując ją spojrzeniem.
- Miałam swoje powody – wymamrotała, odwracając od niego wzrok. Ostatnie Puchonki wyminęły ich, chichocząc cicho.
- Tak ważne, że usprawiedliwiają twoje szczeniackie zachowanie? – spytał.
Uśmiechnęła się nerwowo.
- Okłamałaś nas, prawda?
Przygryzła dolną wargę.
- Nie mogę zwierzać się każdej napotkanej osobie – wypaliła wreszcie. – Zaufania nie zdobywa się sławą i przymilnym uśmiechem – dodała. Wyminęła go, ale złapał ją za rękę i obrócił ją ku sobie.
- To nie był atak, lecz przełamanie pierwszych lodów – odparł, starając się uśmiechnąć.
- Kiedyś powiem wam prawdę – odpowiedziała prawie szeptem. Puścił jej dłoń. Ruszyła przed siebie, oglądając się kilka razy przez ramię.

Patrzył, jak się oddala i przechodzi obok starej szopy, za którą ukryli się Ron i Hermiona. Zagwizdał od niechcenia dwa razy, gdy znikła za rogiem alejki. Zza węgła wychynęły postacie jego przyjaciół i podeszły do niego żwawo.
- I jak? – zapytała Hermiona. Harry wzruszył ramionami.
- Ona chyba potrzebuje trochę czasu – odpowiedział.
- Możesz mówić jaśniej? – warknął Ron, przestępując z nogi na nogę. – Zmarzłem.
Hermiona spojrzała wymownie w niebo.
- Ron, jesteś najbardziej nieczułym draniem, jakiego miałam nieszczęście spotkać – powiedziała, uśmiechając się porozumiewawczo do Harry’ego. Westchnęła cicho, naciągając czapkę na zmarznięte uszy. Złapała ich obu za ramiona i pociągnęła w stronę Miodowego Królestwa, którego szyld widniał na horyzoncie.


***


Ich torby po brzegi wypchane były słodyczami. Skręcili w boczną alejkę Hogsmeade, prowadzącą do Trzech Mioteł i sklepu Zonka.
- Muszę wstąpić w jedno miejsce. Spotkamy się pod Zonkiem za kwadrans, zgoda? – zapytała Hermiona podnieconym głosem. Ron i Harry kiwnęli głowami. Odetchnęła ulgą i zniknęła w tłumie uczniów.

Pchnęła lekko drzwi i nieśmiało weszła do środka. Półmrok panujący w tym sklepie pomieszany z zapachem kadzideł odurzył ją na moment. Zrobiła kilka kroków na przód. Na obydwu ścianach rozpościerały się wieszaki z kolorowymi, błyszczącymi sukniami. W kącie, za zasłoną, w przyćmionym świetle świec, dostrzegła postać sprzedawcy.
- Dzień dobry – powiedziała drżącym głosem. – Przyszłam odebrać sukienkę. Zamówiłam ją dwa miesiące temu…
Sprzedawca leniwym krokiem wyłonił się zza zasłony. Był przygarbiony, jego twarz pokrywała sieć zmarszczek. Uśmiechnął się.
- Panienka Granger? – zapytał ochryple.
- Zgadza się.
- Proszę zaczekać chwilkę – dodał, i zniknął za zasłoną.
Jej policzki wciąż płonęły purpurą. Przed oczami przewijało jej się mnóstwo absurdalnych scen i myśli. Poczuła dziwne mrowienie w brzuchu i całą siłą woli skupiła się na sprzedawcy niosącym aksamitne pudełko. Wzięła kilka głębokich oddechów i mocniej ścisnęła w dłoniach skórzany portfel.
- Dwadzieścia galeonów – powiedział sprzedawca, wręczając jej pudełko. – Zechce panienka przymierzyć?
- Nie trzeba – powiedziała szybko, wręczając mu dwadzieścia złotych monet. Wciąż trochę zbyt podniecona wypadła ze sklepu wprost na Ginny i Lunę.
- Cześć, Hermiono – przywitały ją równocześnie.
- Cześć – bąknęła, poprawiając nerwowo niesforny kosmyk włosów. – Zostajecie na świąteczny obiad?
- Ja nie. Fred wyszedł już ze szpitala i mama chce mieć nas wszystkich przy sobie. Charlie też przyjedzie.
- Ja jadę z tatą na narty. To będą niezapomniane święta. Miłej zabawy, Hermiono – dodała Luna. Hermiona chciała coś jeszcze powiedzieć, ale rozdzielił je tłum Krukonów. Ginny i Luna wtopiły się weń i zniknęły z jej pola widzenia. Przy witrynie sklepu Zonka zobaczyła Harry’ego i Rona, który wypatrywał jej niecierpliwie. Uśmiechnęła się z dezaprobatą i ruszyła w ich kierunku.


~~*~~**~~***~~**~~*~~


Siedziała przy biurku w pokoju aurorów, który znajdował się nieopodal pokoju nauczycielskiego, w starej nieużywanej komnacie. Wertowała jakieś papiery. Obok niej piętrzyły się stosy teczek, zwojów pergaminu i strzępów notatek. Jej różowe włosy jakby trochę poszarzały, twarz miała zmęczoną i wściekłą.
Lupin nachylił się nad nią i spoglądał jej przez ramię na nabazgrany raport z ostatniego tygodnia. Za oknem hulał lodowaty grudniowy wiatr ze śniegiem; ściemniało się.
- Jest Wigilia, zostaw to i wracaj do domu. Ja to dokończę – powiedział, prostując się.
- Mieszkam sama w wynajętym pokoju w Dziurawym Kotle. Z kim mam świętować, z barmanem Tomem? – warknęła. – Poza tym ten raport miał być na poniedziałek, mam pięć dni opóźnienia - powiedziała ze złością, upijając łyk zimnej już herbaty.
- Jesteś zmęczona, powinnaś się wyspać – dodał, wkładając ręce do kieszeni szaty.
Westchnęła głęboko, odsunęła od siebie papierzyska i wstała z miejsca. Krążyła wokół biurka spoglądając na Lupina z oburzeniem.
- A ty? – zapytała.
- Ja to co innego. Za cztery godziny zaczynam dyżur, to wystarczająco dużo czasu, by dokończyć ten raport.
- Co innego, tak? Ty możesz harować jak wół, nie spać przez cały tydzień i w dodatku odwalać za wszystkich brudną robotę, zgadza się? Tobie wolno pracować na okrągło, a mi…
Nie dokończyła, bo przyciągnął ją do siebie i zamknął jej usta pocałunkiem.
Nie odrywali się od siebie przez dobre kilkadziesiąt sekund. Jego dłonie mocno obejmujące ją w talii powodowały dreszcze na całym jej ciele i tysiąc myśli naraz. Te kilkadziesiąt sekund były pełne podniecenia i paraliżującego strachu zarazem. Wielokrotnie wyobrażała sobie tę chwilę, za każdym razem w innej scenerii i podczas innej rozmowy. Nigdy jednak nie zastanawiała się, co będzie „później”, jak będą wyglądały ich relacje „po”. Nie wiedziała, czy to był z jego strony tylko impuls, czy może jasny komunikat. Znała go od tak dawna, wiedziała o nim wiele, ale w tej chwili nie potrafiła zrozumieć jego zachowania, rozszyfrować jego zamiarów. Chwilowa cisza, jaka zapadła, gdy oderwali się od siebie, nabrzmiała drgającymi głośno nie zadanymi pytaniami i krępującymi odpowiedziami. Oboje czuli się jak nastolatkowie odkrywający siebie od nowa i nie potrafiący się w tym odnaleźć. Radość, zakłopotanie i niepewność wybuchały w niej od nowa i przysłaniały logiczne myślenie. Próbowała coś powiedzieć, ale nadmiar emocji i wrażeń utknął w niej gdzieś na dnie i nie pozwalał wykrztusić nawet słowa. Przymknęła na chwilę oczy i wzięła głęboki oddech. W myślach dziękowała Bogu za to, że to Lupin odezwał się pierwszy.
- Zrób to dla mnie i wróć już do domu. Weź gorącą kąpiel, przeczytaj dobrą książkę i wreszcie porządnie się wyśpij. Obiecuję ci, że cały jutrzejszy dzień spędzimy na leniuchowaniu i obżarstwie – dodał. Zdjął z wieszaka jej płaszcz i podał go jej, z zadowoleniem patrząc, jak nakłada go z obrażoną miną.
- Zawsze musisz stawiać na swoim? – zapytała, uśmiechając się.
- Oczywiście – odparł, otwierając jej drzwi. – Do zobaczenia jutro rano – dodał. Cmoknęła go w policzek i szybkim krokiem opuściła zamek.


~~*~~**~~***~~**~~*~~


- Dlaczego ona jeszcze nie schodzi? – warknął Ron, spoglądając na schody wiodące do damskiego dormitorium. On i Harry czekali w Pokoju Wspólnym na Hermionę, aby wspólnie zejść na świąteczny obiad.
Ledwie Ron się odezwał, na schodach rozległ się przytłumiony stukot, a po chwili ukazała się przed nimi Hermiona. Harry odwrócił się od kominka, by się z nią przywitać, ale zatrzymał się w pół słowa, oniemiały z zachwytu.
Wyglądała jeszcze piękniej, niż na balu w czwartej klasie. Jej lekko pofalowane, aksamitne włosy okalały jej twarz i ramiona. Dobrze skrojona, jedwabna sukienka o kolorze bursztynu podkreślała jej figurę. Uśmiechnęła się do nich niepewnie.
- Idziemy?
Ron i Harry pokiwali głowami i ruszyli za nią.

Niewielu uczniów zostało w Hogwarcie na święta. Większość z nich wyjechała tydzień temu, tuż po wyprawie do Hogsmeade i zakończeniu semestru. Dla tych, którzy zostali, przygotowano jeden stół w Wielkiej Sali i zaproszono ich na świąteczny obiad.

Zapach pieczonego indyka, puddingów i ciast roznosił się po całym zamku. Pochodnie rzucały długie cienie na zawieszone pod sufitem girlandy. Zaczarowane płatki śniegu pojawiały się znikąd i znikały tuż nad podłogą. Zbroje i obrazy cicho nuciły kolędy. Wszystko to magicznie współgrało ze sobą i tworzyło nadzwyczajną atmosferę, przytulną i tajemniczą zarazem.
Szli korytarzami, zerkając na siebie ukradkiem. Magia tych świąt podsycała iskierki rodzącej się między nimi nowej więzi, której nie potrafili, a może bali się nazwać wprost.
Gdy dotarli do Wielkiej Sali, większość miejsc przy stole była już zajęta. McGonagall siedziała na krańcu stołu i rozmawiała półgłosem z Flitwickiem. Obok niego Hagrid wesoło rozprawiał o czymś z profesor Sprout. Slughorn i pozostali nauczyciele podziwiali w milczeniu wielkie choinki, ustawione wzdłuż ścian i, jak zwykle, pięknie udekorowane świecami i kolorowymi łańcuchami. Kilkunastu uczniów z Gryffindoru, Hufflepuffu i Ravenclawu usiadło z drugiej strony stołu i żywo o czymś dyskutowało. Brakowało tylko Lupina i Tonks.
- Masz szczęście, że się nie spóźniliśmy – powiedział Ron, sadowiąc się obok Hermiony. Już gotowała się do jadowitej odpowiedzi, kiedy drzwi do Wielkiej Sali znów się otworzyły i stanęli w nich Lupin i Tonks, trzymając się za ręce.
Hermiona pisnęła cicho i szepnęła Harry’emu do ucha:
- Chyba jednak coś przegapiłam.

Półmiski z tłustymi, pieczonymi indykami, góry pieczonych i gotowanych ziemniaków, talerze pełne frytek, wazy z polanym masłem groszkiem, srebrne łódki z sosem pieczeniowym i żurawinowym wyglądały tak apetycznie, że nikt nie mógł się powstrzymać przed nałożeniem sobie dokładki.
Po indyku pojawiły się na stołach płonące bożonarodzeniowe puddingi. Ron o mało nie złamał sobie zęba na srebrnym syklu, który był w jego porcji. Harry obserwował Hagrida, który robił się coraz bardziej czerwony na twarzy po kolejnych kieliszkach wina, a Hermiona ukradkiem spoglądała na Tonks wtuloną w Lupina i zastanawiała się, co takiego on szepcze jej do ucha.
Kiedy odchodzili od stołu, dźwigali ze sobą stos przedmiotów, które powylatywały z petard- niespodzianek, a wśród nich było pudło z niezniszczalnymi, świecącymi balonami, zestaw do wyhodowania kurzajek, nowy komplet czarodziejskich figur do szachów i najprawdziwszy kapelusz admiralski.
Po południu wszyscy uczniowie stoczyli na dziedzińcu bitwę na śnieżki. Harry i Ron, przemoczeni i zmarznięci, kuląc się pod kocami przy kominku w Pokoju Wspólnym, rozegrali partię szachów, w której Harry poniósł druzgocącą przegraną. Po kolacji, na którą składały się kanapki z indykiem, biszkopty z kremem, krokiety i placek ze śliwkami, rozdali sobie prezenty.
Hermiona wręczyła Harry’emu i Ronowi małe książeczki z ćwiczeniami i pytaniami potrzebnymi do powtórki przed Owutemami. Od Ginny i bliźniaków Harry dostał nowy Podręczny zestaw miotlarski przysłany przez sowy, a od pani Weasley kolejny, wydziergany na drutach, szmaragdowozielony sweter i pudełko domowych krówek. Hermionie dał samo-napełniające się orle pióro zmieniające kolory. Ron, z kwaśną miną, wyciągnął ku nim pudełka czekoladowych żab.
- Wybaczcie, że tak skromnie. Ostatnio u nas kiepsko z kasą. Leki dla Freda kosztowały rodziców majątek – wybąkał.
- Nie ma sprawy, Ron – odparł z uśmiechem Harry, otwierając swoje pudełko. Hermiona w odpowiedzi uścisnęła Rona i jeszcze raz podziękowała Harry’emu, cmokając go w policzek. Nim zdążyli cokolwiek jej odpowiedzieć, z tajemniczym uśmiechem uciekła do swojej sypialni.


Droga prawdziwej miłości nigdy nie jest gładka...

komentarze [10]





Rozdział XIX. "Nie zawsze coś jest tylko białe albo tylko czarne..." >> czwartek, 8 maja 2008 15:53:56

Długo pisałam tę notkę. Od półtora miesiąca mam odpływ weny twórczej i mnóstwo kłopotów do rozwiązania, dlatego nie jestem z niej zbytnio zadowolona. Jak to określiła moja kochana przyjaciółka Gocha, 'notka jest o niczym'. Zgadzam się. To taki przerywnik przed następną, mam nadzieję, dość udaną notką. Przerywniki są czasem bardzo potrzebne. Nie ględzę już, zapraszam do czytania i pozdrawiam serdecznie.



Rozdział XIX.
„Nie zawsze coś jest tylko białe lub tylko czarne…”




Przez kilka kolejnych dni Harry na przemian z Ronem i Hermioną próbował porozmawiać z Annie na przerwach lub podczas posiłków, ale za każdym razem Annie szybko opuszczała Wielką Salę lub znikała w tłumie uczniów.
- Trochę głupio wyszło – bąknęła Hermiona, kiedy w pierwszy piątkowy wieczór grudnia wracali ze spaceru. Harry kiwnął głową.
- Mam wrażenie, że ta cała historia jest lekko naciągana – powiedział po chwili.
- Co masz na myśli? – zapytała Hermiona, kiedy zbliżali się już do zamku.
- Jeszcze nie wiem. Ale twarz Annie wydaje mi się dziwnie znajoma… Jestem pewien, że już gdzieś ją widziałem. Na jakimś zdjęciu – dodał w odpowiedzi na pytające spojrzenie Hermiony.
Gdy kroczyli przez Salę Wejściową, wpadła na nich Ginny, wybiegając z bocznego korytarza.
- Widzieliście gdzieś Rona? – zapytała szybko.
- Jest na konsultacjach u profesor Sprout – odpowiedziała Hermiona.
- Poprawia pracę okresową – dodał Harry.
- Ach tak – mruknęła Ginny. – Najwyższy czas.
Uśmiechnęła się w podzięce i wybiegła na błonia. Harry i Hermiona wymienili znaczące spojrzenia.
- Myślisz, że coś się stało? – zapytała cicho Hermiona.
- Tak. I to ma jakiś związek z Zakonem – odparł Harry, ruszając szybkim krokiem w stronę gabinetu profesora Lupina. Hermiona pobiegła za nim, tłumiąc najgorsze myśli.

***

Zobaczyli, jak Lupin znika za rogiem korytarza na pierwszym piętrze. Przyspieszyli kroku.
- Profesorze! – krzyknął Harry. Lupin zatrzymał się i zawrócił. Po chwili stanęli naprzeciw siebie.
- Coś się stało? – zapytał niewinnie Lupin.
- To ja chciałem zadać to pytanie – odparł Harry. Hermiona pokiwała głową, dysząc lekko. Lupin spojrzał na nich badawczo. Chwilę później westchnął cicho, chwycił ich oboje za ramiona i poprowadził do swojego gabinetu.
Zamknął za nimi drzwi i stanął za biurkiem.
- Na Pokątnej wybuchło dziś spore zamieszanie – powiedział.
- To znaczy? – zapytali równocześnie Harry i Hermiona.
- Fred i George nie docenili przewagi śmierciożerców. Fred jest ranny. Georgowi nic się nie stało. Jeden śmierciożerca nie żyje. „Prorok codzienny” zapewne już o tym napisał – dodał Lupin.
- Ranny? – pisnęła Hermiona. – Ale przeżyje?
Lupin milczał, patrząc na płonące w kominku drewna.
- Przeżyje? – zapytał z naciskiem Harry.
- Nie wiem. Siłą zaciągnęliśmy go do Świętego Munga. Molly i Artur już tam są. Ginny, Ron i reszta ma dołączyć jutro. Jeśli chcecie…
- Oczywiście! – przerwała mu Hermiona. Lupin westchnął ponownie.
- W porządku. Zapytam profesor McGonagall o zgodę i jutro rano dam wam odpowiedź. Dobranoc – dodał profesor, podchodząc do kominka i opierając się o jego gzyms. Kopnął nogą w wystające drewienko; iskry posypały się po podłodze i zgasły.
W drzwiach minęli Tonks. Uśmiechnęła się do nich łagodnie, choć w jej spojrzeniu wyraźnie było widać smutek.


~~*~~**~~***~~**~~*~~


Biel szpitalnych sal i korytarzy raziła w oczy. Tupot czterech par butów odbijał się głośnym echem od ścian. Pokój, w którym znajdował się Fred, był na samym końcu korytarza. Pobiegli w tamtym kierunku, a pan Weasley poczłapał za nimi. Wpadli tam z impetem, ledwo łapiąc oddech. Pani Weasley posłała im mordercze spojrzenie.
- Trochę ciszej – warknęła, spoglądając surowo na Ginny i Rona.
- Mamo, daj spokój – powiedział Fred, kasłając cicho. Z pani Weasley natychmiast wyparowała cała wojowniczość. Nachyliła się nad synem i zaczęła poprawiać mu poduszki. Kiedy z zatroskaną miną usiadła z powrotem na brzegu jego łóżka, wyszczerzył do nich zęby w uśmiechu.
Hermiona popatrzyła krzywo na jego zabandażowaną klatkę piersiową i głębokie rozcięcie na policzku.
- Hermiono, nie patrz tak, naprawdę nic mi nie jest. Zupełnie nie rozumiem, po co mnie tu przywlekli – odezwał się znowu Fred, tym razem kaszląc dużo głośniej.
- Nie powinieneś tyle mówić, synu – wtrącił pan Weasley, unikając wzroku swojej żony.
- Cackacie się z nim, jakby miał zaraz umrzeć. To tylko kilka zadrapań, jest zdrów jak ryba – powiedział George, wchodząc do sali i zamykając za sobą drzwi. Przed nim unosiło się w powietrzu sześć kubków z gorącą czekoladą. – To dla was – dodał, posyłając kubki swojemu rodzeństwu, Hermionie i Harry’emu. Pani Weasley już chciała coś powiedzieć, ale do sali wszedł uzdrowiciel ze stosem notatek w ręku. Nad jego ramieniem błyszczały oczy Billa, przykryte grubym kosmykiem włosów.
- Cześć wszystkim – powiedział, stając w drzwiach za plecami uzdrowiciela. Przywitali go uśmiechem.
- Dobre wieści, panie Weasley. Za kilka dni rany powinny się zagoić i za tydzień na pewno będzie pan już w domu – powiedział uzdrowiciel, grzebiąc w swoich notatkach. Rzucił wszystkim krótkie, roześmiane spojrzenie i wypadł na korytarz, mamrocząc coś pod nosem.
- Stary dziwak – burknął Fred. Zaśmiali się wszyscy, oprócz jego rodziców. Pani Weasley podniosła się z miejsca.
- Daję wam pół godziny na pogaduszki, a potem wracacie do Hogwartu. Fred musi wypoczywać – dodała tonem nie znoszącym sprzeciwu. Podeszła do Billa, chwyciła go za łokieć i nie zwracając uwagi na jego zdezorientowanie, wyprowadziła go na zewnątrz. Jej mąż bezszelestnie wyszedł za nimi. Harry, Ron i Hermiona wymienili spojrzenia i usiedli na pustym łóżku po prawej stronie Freda, rozpoczynając z nim żywą dyskusję o sprawach ważnych i ważniejszych.


~~*~~**~~***~~**~~*~~


- Wiosenny mecz z Puchonami na pewno pójdzie nam jak z płatka, w dodatku dwa tygodnie temu Krukoni rozwalili Ślizgonów, i jeśli uda nam się to dziś powtórzyć, w co szczerze wierzę, bo Ślizgoni od lat nie mieli tak kiepskiego składu, to w finale spotkamy się ponownie z Krukonami. Pestka – wyrzucił z siebie Harry na jednym oddechu. Złapał za miotłę i wyszedł z szatni. Ron i Colin ruszyli za nim szybkim krokiem.
- Krukoni pokonali Ślizgonów? Jak to się stało? – wyrwało się Colinowi, kiedy wychodzili na boisko.
- No wiesz, po tym czerwcowym występie Malfoy’a i jego ucieczce, kilku członków drużyny Ślizgonów odeszło z Hogwartu. Dzieci śmierciożerców nie mają lekko – odparł Ron, uśmiechając się kpiąco. Harry nadepnął mu na stopę, kiedy Ron próbował powiedzieć coś jeszcze. Rudzielec syknął z bólu i posłał Harry’emu mordercze spojrzenie. Jednakże zielonooki już tego nie zobaczył; wynurzył się właśnie z cienia i promienie słońca odbijające się od pierzyny śniegu przykrywającej murawę boiska oślepiły go na chwilę. Przeszedł parę kroków, zataczając się lekko. Gdyby nie Ginny, która w ostatniej chwili złapała go mocno za rękę, przewróciłby się wprost w olbrzymią zaspę śnieżną.
- Dzięki – bąknął, dosiadając miotły. Ginny uśmiechnęła się do niego szeroko.
Rozległ się gwizdek pani Hooch i wzbili się w powietrze.

Już po niecałej godzinie przewidywania Harry’ego stawały się coraz bardziej realne.
Bowiem większość drużyny Ślizgonów stanowili przypadkowi gracze, którzy raz po raz tracili kafla i kilka razy oberwali tłuczkami. Efektem tego była 160-punktowa przewaga Gryfonów.
Ron obronił prawie wszystkie gole, co wprawiło go w tak dobry nastrój, że nawet interwencja profesor McGonagall nie pomogła: z ogromną radością wykrzykiwał obelgi i sprośne wierszyki skierowane do członków drużyny Ślizgonów.
Harry natomiast zawisł w powietrzu dobre kilkanaście minut temu; znicz zniknął z zasięgu jego spojrzenia.
Przebiegł wzrokiem po trybunach. Zobaczył Tonks, brata Colina, Deana i Seamusa entuzjastycznie kibicujących Gryfonom. Na końcu ich rzędu, wciśnięta między Hagrida i McGonagall, znajdowała się grupa Puchonów, wśród których dostrzegł Annie.
Serce zabiło mu szybciej, kiedy udało mu się uchwycić jej spojrzenie. Przez moment zdawało mu się, że się uśmiechnęła. Chciał jej pomachać, ale szybko odwróciła głowę w stronę koleżanki. Westchnął cicho i wystrzelił przed siebie. Nad najwyższą pętlą Ślizgonów dostrzegł złoty błysk…
- Dalej, Harry! Wygramy ten mecz! – wrzasnął Ron, odlatując od pętli prawie na środek boiska, aby lepiej śledzić poczynania Harry’ego.
Złoty znicz był już w zasięgu jego dłoni…


Ślad wykrzyczanych słów był jeszcze na jego ustach, kiedy zobaczył zbliżającego się tłuczka. Kilka sekund później poczuł ostry, piekący ból w skroni. Zdążył rozpaczliwie spojrzeć na Hermionę siedzącą zaledwie 20 stóp od pętli Gryfonów, po czym stracił przytomność.


…i wtedy usłyszał stłumiony huk, jęk na trybunach i krzyk Hermiony. Odwrócił się natychmiast, i jak w zwolnionym tempie zobaczył opadające na ziemię ciało Rona.
Ruszył w tamtą stronę z zawrotną prędkością. Nie obchodziło go, że szukający Ślizgonów był tuż za nim jeszcze minutę temu, że to właśnie on zaraz złapie Znicza…
Wylądował obok Rona wgniecionego w grubą warstwę śniegu, która na szczęście zamortyzowała upadek. Reszta drużyny podchodziła do lądowania, kiedy pani Hooch ogłosiła koniec meczu i zwycięstwo jego drużyny zaledwie 10 punktami przewagi.

***

Trzy godziny później Ron jęknął cicho i otworzył powoli oczy. W półmroku panującym w Skrzydle Szpitalnym dostrzegł bladą twarz Hermiony i roześmianego Harry’ego.
- Cześć stary – powiedział zielonooki, uśmiechając się jeszcze szerzej. – Jak się czujesz?
- Kiepsko – wymamrotał Ron. – Jak mecz? – zapytał, próbując usiąść. Zawył z bólu i opadł na poduszki, napotykając surowe spojrzenie Hermiony.
- Harvey złapał znicza, ale to my wygraliśmy – odpowiedział. – Dwieście do stu dziewięćdziesięciu. McGonagall się ucieszyła, ale pani Hooch była wściekła. Ślizgoni zachowali się nieregulaminowo. Ten, który trafił cię tłuczkiem, powinien wylecieć z drużyny – dodał Harry. Ron westchnął.
- Kiedy mnie wypiszą? – zapytał po chwili rudzielec, patrząc na Hermionę niewinnym wzrokiem.
- Sam jesteś sobie winny, wiesz? – burknęła, odwracając głowę w bok. – Nie musiałeś odlatywać od pętli aż na taką odległość – dodała.
Ron puścił to mimo uszu.
- Kiedy mnie wypiszą? – zwrócił się do niej jeszcze raz.
Spojrzała na niego przelotnie.
- Jutro wieczorem – mruknęła, wlepiając wzrok w okno. Zmierzchało się.
- Hermiono, przestań się wygłupiać i spójrz na mnie wreszcie – powiedział po chwili Ron. Uśmiech błąkał się w kącikach jego ust.
- Przez swoją głupotę mogłeś zginąć – bąknęła, nadal unikając jego spojrzenia.
- Daj spokój. Od uderzenia tłuczkiem jeszcze nikt w całej historii Hogwartu nie zginął – prychnął Ron.
- A ciocia Annie? – zapytała Hermiona łamiącym się głosem.
- Nie wierzę w ani jedno słowo tej dziewczyny! – odparł Ron. Od kilku minut Harry przyglądał im się w milczeniu z rozbawieniem i zakłopotaniem jednocześnie. Ale teraz Ron przesadził i brunet czuł, że musi interweniować.
- Nie mamy żadnych dowodów na to, że Annie kłamie. Zamiast się kłócić, moglibyście wymyślić, w jaki sposób skłonić ją znów do rozmowy. Bo, jakbyście nie zauważyli, unika nas od ponad tygodnia – powiedział. Hermiona i Ron jeszcze przez chwilę piorunowali się wzrokiem, po czym prawie równocześnie uśmiechnęli się do siebie przepraszająco.
- No więc? – zapytał Harry, patrząc na przyjaciół wyczekująco. Po ich niewinnych minach zrozumiał, że dyskusja spełznie na niczym. Sięgnął zatem do kieszeni po torebkę czekoladowych żab i z ożywieniem zaczął wspominać dzisiejszy mecz. Czuł, że przez tą noc przyjdzie mu do głowy wiele pomysłów i do tematu Annie będą mogli powrócić następnego dnia.


~~*~~**~~***~~**~~*~~


Śniło mu się, że Snape został Ministrem Magii, a Filch był dyrektorem Hogwartu.
On natomiast stał właśnie przed Wizengamotem, a dookoła niego kłębiło się mnóstwo pająków… Umbridge, w jadowicie zielonym kostiumie, mówiła coś do niego ociekającym kpiną głosem…
Pobłogosławił hałas, który wybudził go z tego koszmaru. W Skrzydle Szpitalnym panowała zupełna ciemność, jedynie przez wąskie okienka wpadała smuga księżycowego światła.
Zobaczył zarys jakiejś postaci o kręconych włosach i łagodnej posturze. Zamrugał oczami, by przyzwyczaić się do ciemności. Poruszył się i przesunął, chcąc rozpoznać nieznajomą. Dziewczyna usłyszała szelest i wstąpiła w smugę światła, uśmiechając się.
- Majaczyłeś przez sen. Czułam, że wkrótce się obudzisz, więc przyniosłam ci gorące kakao. Śpij dobrze, Ron – dodała, odwracając się i kierując ku drzwiom.
- Siedziałaś przy mnie? – wyrwało mu się. Jej aksamitny głos jeszcze szumiał mu w uszach.
Odwróciła się przez ramię, stojąc w drzwiach. Do prostokątnego pomieszczenia weszła leniwie fala światła z korytarza. Zobaczył uśmiech dziewczyny i nieodgadniony blask jej oczu. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nim zdążył otworzyć usta, już jej nie było.


~~*~~**~~***~~**~~*~~


- Siedziała przy mnie dobre kilkadziesiąt minut! Przyniosła nawet kakao! Jestem pewny, że to była Annie! – wrzasnął Ron, kiedy wczesnym rankiem przyszli do niego Harry i Hermiona.
- Spokojnie, Ron. Od początku – powiedział Harry, siadając na brzegu jego łóżka. Ron wywrócił komicznie oczami.
- Ale wy jesteście tępi! Śniło mi się coś strasznie głupiego, już nawet nie pamiętam, co konkretnie, ale kiedy się obudziłem, stała niedaleko mnie! Powiedziała, że majaczyłem przez sen, więc przyniosła mi kakao, a potem ulotniła się! – wykrzyczał na jednym oddechu.
- Jesteś… - zaczęła Hermiona, ale rudzielec wszedł jej w zdanie.
- To była Annie, naprawdę! Możecie mi to jakoś wytłumaczyć? Najpierw opowiada nam łzawą historię, później znika i obraża się na nas, unika nas na wszelkie możliwe sposoby, a kiedy spadam z miotły, pół nocy spędza przy moim łóżku! Albo brała jakieś prochy albo jest po prostu NIENORMALNA.
Hermiona prychnęła.
- Kiedyś się nad tym zastanawiałam, ale teraz jestem tego pewna: twoja wrażliwość naprawdę mieści się w łyżeczce do herbaty – burknęła.
- Nie przeginaj, Hermiono – odwarknął Ron.
- Jesteś do niej uprzedzony!
- Ja jej po prostu nie ufam!
Harry westchnął teatralnie, co zwróciło na niego ich uwagę.
- Możecie przestać skupiać się na sobie i pomyśleć wreszcie, jak z nią porozmawiać? – zapytał, spoglądając to na Rona, to na Hermionę.
Brązowowłosa nabrała głośno powietrza i wypuściła je ze złością.
- Masz jakieś propozycje?
- Hogsmeade – odparł lakonicznie Harry. – To będzie doskonała okazja – dodał w odpowiedzi na niezbyt przekonane miny przyjaciół.
Ron wzruszył ramionami i opadł na poduszki. Hermiona wciąż patrzyła na Harry’ego sceptycznie, ale w głębi duszy cieszyła się, że jego wrażliwość, w przeciwieństwie do Rona, nie była jeszcze na wymarciu.


Droga prawdziwej miłości nigdy nie jest gładka...

komentarze [12]





Rozdział XVIII. "Przyjaźń to rzecz święta." >> wtorek, 8 kwietnia 2008 21:07:20

Wiem, że uwielbiacie sceny z Lupinem i Tonks. Ja je wprost kocham. Dlatego na chwilę damy im odetchnąć, ale obiecuję, że w XX rozdziale znów się pojawią. Będzie ciekawie. Zapraszam już teraz i oczywiście pozdrawiam serdecznie!



Rozdział XVIII.
„Przyjaźń to rzecz święta.”



Śnieżne i mroźne listopadowe popołudnie wypędziło z błoni i dziedzińców wszystkich uczniów Hogwartu.
Harry i Hermiona, tak jak większość Gryfonów, schronili się w Pokoju Wspólnym. Zajęli swoje ulubione miejsca tuż przy kominku. Wyciągnęli z toreb podręczniki, pergaminy i pióra, po czym każde z nich pogrążyło się we własnych myślach.
Ron siedział w drugim końcu Pokoju Wspólnego i dyskutował o czymś z Deanem, zerkając na Harry’ego i Hermionę spode łba.
Dziewczyna nachyliła się ku brunetowi, by kontynuować rozmowę, którą przerwała im nagła śnieżyca.
- McGonagall znowu rozmawiała z mamą Rona. Pani Weasley dostała szału. Okropnie wrzeszczała na Rona z kominka w gabinecie McGonagall.
Harry spojrzał na nią badawczo.
- Podsłuchiwałaś?
- Zupełnie przypadkiem. Patrolowałam korytarz, jestem prefektem naczelnym, zapomniałeś? – odparła wyniośle, zupełnie przypominając mu tę dawną Hermionę. Pokręcił przecząco głową.
- Co takiego wykrzykiwała? – zapytał, ściszając głos. Odniósł wrażenie, że większość Gryfonów się im przysłuchuje, więc przysunął się bliżej Hermiony.
- Że sprawia jej więcej przykrości, niż bliźniacy i jeśli dalej będzie mieć tak kiepskie wyniki w nauce, to zabierze go z Hogwartu – odpowiedziała Hermiona. Harry odchrząknął głośno, skonsternowany. – Musimy mu pomóc – dodała.
- Dziś z nim pogadam. Nie dam się zbyć po raz kolejny – powiedział po chwili Harry. Czuł na sobie wzrok Rona.
Hermiona pocałowała go szybko w policzek, uśmiechając się do niego z wdzięcznością. Harry zamrugał ze zdziwienia oczami, ale usłyszał głośny tupot stóp na schodach prowadzących do męskiego dormitorium, i nim Hermiona lub ktokolwiek inny zdążył coś powiedzieć, Harry pobiegł za Ronem.


Rudzielec z hukiem zamknął Harry’emu drzwi przed nosem i rzucił się na łóżko. Harry gwałtownie wpadł do ich dormitorium i z taką złością trzasnął drzwiami, że aż zatrzęsły się futryny.
- Zostaw mnie w spokoju – burknął Ron i odwrócił się do niego plecami.
- Nie zachowuj się jak rozpieszczony dzieciak! – odwarknął Harry.
- Nie będę z tobą rozmawiać – odparł Ron, zasłaniając kotary wokół swojego łóżka.
- Właśnie, że będziesz! – krzyknął zielonooki, rozsuwając kotary z taką siłą, że zerwał je prawie całkowicie. Ron posłał mu jadowite spojrzenie. – Bawisz się w jakieś gierki, chodzisz obrażony na cały świat i warczysz na nas o byle co! – wyrzucił z siebie na jednym oddechu. Ron zerwał się z łóżka i chwycił za różdżkę, ale Harry był szybszy.
- Ty głupcze! – krzyknął, rozbrajając Rona. Różdżka rudzielca potoczyła się po podłodze i zniknęła pod komodą. Ron cofnął się szybko, obserwując wymierzoną w siebie różdżkę Harry’ego. – Masz kochającą rodzinę i wielu przyjaciół, którzy oddaliby za ciebie życie, a ty jeszcze stroisz fochy?! Naprawdę nie rozumiem, o co ci chodzi. Oczywiście, masz prawo się buntować, w końcu od kilku lat żyjesz w moim cieniu; zawsze biedniejszy, mniej popularny… Ale zastanów się, czy warto stracić to wszystko dla jednej głupiej ambicji.
- A co ty możesz o tym wiedzieć – prychnął Ron.
- Rzeczywiście, niewiele. Nie jestem tak egoistycznym dupkiem, jak ty, Ron. Przemyśl to sobie. Będziemy w bibliotece – dodał Harry, wychodząc z ich dormitorium i ponownie trzaskając drzwiami, które omal nie wyleciały z zawiasów. Ron zaklął głośno i ukrył twarz w poduszce.

Harry zbiegł szybko po schodach, i kiedy znalazł się w Pokoju Wspólnym, powitała go przejmująca cisza. Zrozumiał, że zgromadzeni tam Gryfoni słyszeli każde słowo ich kłótni. Przebiegł przez pokój i złapał Hermionę za rękę.
- Do biblioteki. Później ci wyjaśnię – syknął.
Pospiesznie zebrała swoje rzeczy i napotykając zdumione spojrzenia Gryfonów została wyciągnięta przez Harry’ego na zewnątrz. Portret Grubej Damy zamknął się za nimi leniwie.


~~*~~**~~***~~**~~*~~


Zajęli stolik tuż przy kominku, najdalej od biurka pani Pince. Harry miał wyraźnie naburmuszoną minę, więc Hermiona postanowiła nie drążyć dłużej tematu Rona. Podała zielonookiemu czysty pergamin i zabrali się za wypracowanie dla profesor McGonagall.
Godzinę później zjawił się Ron i z pełną irytacją opadł na puste krzesło obok Harry’ego. Cisza, jaka między nimi zapadła, była nie do zniesienia. Harry stukał piórem w swój pergamin, robiąc na nim coraz więcej kleksów; Ron spoglądał przez okno na płatki śniegu, a Hermiona nerwowo przeglądała notatki. W pewnej chwili odrzuciła podręcznik do transmutacji z takim hukiem, że aż zamigotał ogień w kominku.
- Odezwijcie się wreszcie – wyszeptała błagalnie. Ron i Harry spojrzeli na nią leniwie. – Byliśmy sobie tak bliscy. Dlaczego teraz pozwalacie na to, że się od siebie oddalamy? Te 6 lat przyjaźni, na dobre i na złe, nic już dla was nie znaczy?... – zapytała, patrząc to na jednego, to na drugiego lekko zaszklonym od łez wzrokiem.
- Przepraszam – bąknął Ron po dłuższej chwili, spuszczając głowę.
Harry westchnął cicho i wyciągnął do niego rękę. Ron zawahał się i zerknął na wilgotną od łez twarz Hermiony. Uścisnął mocno dłoń Harry’ego, na co Hermiona uśmiechnęła się szeroko, ocierając mokre policzki.
- Naprawdę byłem taki nieznośny? – zapytał po chwili Ron. Hermiona zachichotała, wciąż ocierając kapiące łzy. Harry pokiwał głową w zamyśleniu, na co Ron uśmiechnął się przepraszająco.
- Fazy animagii… - mruknęła pod nosem Hermiona, wracając do nauki. – Tego nie ma w podręczniku… - jęknęła, zamykając ze złością książkę. Oparła brodę na dłoniach. – Poddaję się – dodała. Ron zamrugał oczami i zerwał się z krzesła z podekscytowaną miną.
- Zaraz wracam – powiedział szybko i zniknął w labiryncie regałów wypełnionych księgami po brzegi. Hermiona uniosła wysoko brwi, kierując wzrok na miejsce, w którym przed chwilą zniknął Ron. Harry uchwycił jej spojrzenie.
- Coś ty mu nagadał? – zapytała, patrząc na niego z zaciekawieniem. Harry uśmiechnął się.
- Że kochamy go jak brata, ale nie zmienia to faktu, że jest egoistycznym dupkiem. Radziłem mu, by się zastanowił, czy naprawdę chce stracić tę przyjaźń – dodał, huśtając się na krześle.
- Nie mogłeś tego lepiej ująć – burknęła gniewnie Hermiona, choć w jej głosie wyraźnie było słychać rozbawienie. Harry wyszczerzył zęby w uśmiechu. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale nieopodal rozległ się straszliwy huk; on i Hermiona poderwali się z miejsca i z wyciągniętymi różdżkami pobiegli między rzędami regałów.

Kiedy kłęby kurzu opadły, dostrzegli stos walających się po podłodze książek, spod którego próbowały wydostać się dwie osoby.
Ron otrzepał szybko swoją szatę, klnąc cicho pod nosem i wyciągnął rękę w stronę Annie, która gramoliła się na wierzch. Uchwyciła mocno jego dłoń i ślizgając się na rozrzuconych książkach, stanęła wreszcie przez Hermioną i Harry’m, strzepując z siebie tumany kurzu. Ron, widząc mocno zdziwione miny przyjaciół, pierwszy odzyskał głos.
- Szedłem wzdłuż tego regału i szukałem jakiejś książki o animagii, żeby napisać to głupie wypracowanie… Zobaczyłem ją na najwyższej półce na końcu tego rzędu i wycelowałem w nią różdżką, kiedy…
- Kiedy niechcący na niego wpadłam – wtrąciła Annie, rumieniąc się.
- …właśnie – dodał Ron. – A potem nastąpiła reakcja łańcuchowa…
- i wszystkie książki z sąsiednich półek zwaliły się wprost na nas – dokończyła Annie, chowając ręce do kieszeni. Hermiona i Harry wymienili szybkie spojrzenia i wybuchli śmiechem. Ron ściągnął brwi i warknął z irytacją:
- To nie jest śmieszne – na co Harry i Hermiona zaśmiali się jeszcze głośniej.
Annie chrząknęła nieśmiało, tym samym zwracając na siebie ich uwagę.
Hermiona uspokoiła się natychmiast. Słysząc w oddali szybkie kroki bibliotekarki, machnęła dwa razy różdżką i wszystkie rozrzucone książki wróciły na swoje miejsce.
- Lepiej się stąd zmywajmy – powiedział Harry.
Kiedy wybiegali z biblioteki, po drodze zabierając ze sobą swoje rzeczy i śmiejąc się głośno, słyszeli za sobą rozwścieczone okrzyki pani Pince i radosne oklaski zgromadzonych tam uczniów. Zatrzymali się dopiero na drugim końcu zamku, na dziedzińcu prowadzącym na boisko quidditcha, zostawiając daleko w tyle zdyszaną panią Pince i rozochoconego Filcha. Z trudem łapali oddech.
- Ale jazda! Już dawno się tak dobrze nie bawiłem – wysapał Ron, siadając pod ścianą. Hermiona i Harry klapnęli obok niego. Annie nieśmiało oparła się o kolumnę naprzeciw nich.
- Przepraszam za to całe zamieszanie. Totalna ze mnie gapa – wymamrotała, spuszczając wzrok.
- Daj spokój, gdyby nie ty, nie rozzłościlibyśmy tej pary zbzikowanych staruchów – odparł Ron, szczerząc zęby w uśmiechu w odpowiedzi na karcące spojrzenie Hermiony. Annie uśmiechnęła się z zakłopotaniem.
- To… jakie mamy plany na resztę popołudnia? – zapytała Hermiona, wstając.
- Proponuję tam – odpowiedział Ron, wskazując palcem na okna korytarza na siódmym piętrze, gdzie znajdował się Pokój Życzeń.


~~*~~**~~***~~**~~*~~


Ron przeszedł wzdłuż ściany trzy razy, mamrocząc coś pod nosem. Po chwili w ścianie pojawiły się stare, wyszczerbione, dębowe drzwi. Pchnął je lekko; otworzyły się ze zgrzytem.
Za nimi znajdowała się gęsta kotara ciemnego bluszczu. Ron odgarnął go ręką i przepuścił Hermionę, Annie i Harry’ego, i ruszył za nimi. Bluszcz z powrotem pokrył drzwi, wijąc się i skręcając.
Znaleźli się na szerokiej polanie, po środku której rosła olbrzymia wierzba płacząca. Na obrzeżach polany było mnóstwo krzewów i wysokich drzew, których górne partie całkowicie zasłaniały sklepienie. Trawa, po której kroczyli, była miękka i soczyście zielona. Promienie padającego nie wiadomo skąd słońca tańczyły wesoło pomiędzy liśćmi i źdźbłami trawy. Wokoło roznosił się zapach leśnych kwiatów. Gdzieś w koronie drzewa ukryte skowronki ćwierkały tajemniczą melodię. Maleńki strumyczek szumiał cicho nieopodal i znikał za odległym horyzontem.
- To jakiś Tajemniczy Ogród, tak? – wyszeptała Hermiona, siadając w cieniu wierzby.
- Nie mam pojęcia. Poprosiłem o miejsce pełne zieleni, gdzie moglibyśmy odpocząć – powiedział Ron, rozglądając się wokoło. Po chwili westchnął cicho i rozłożył się na trawie obok Hermiony. Po jej drugiej stronie przycupnęła Annie, a zaraz za nią Harry, dziwnie milczący.
- Te drzewa i rzeka na horyzoncie, to złudzenie, prawda? – zapytała Annie. Hermiona już szykowała się do odpowiedzi, ale Ron spojrzał na nią karcąco.
- Nie wiem. Ale czy to ważne? Cieszmy się chwilą – odparł, uśmiechając się i zamykając oczy.
- Za miesiąc Święta – powiedział ni stąd ni zowąd Harry, również kładąc się na trawie.
- Z tego akurat bym się nie cieszył. Całe to świąteczne zamieszanie doprowadza mnie do szału. Ale prezenty są całkiem okay – dodał Ron, uśmiechając się błogo. Harry pokiwał głową w zamyśleniu.
- Przed nami kolejny mecz quidditcha. To już za dwa tygodnie – dodał po chwili zielonooki, spoglądając spod półprzymkniętych powiek na skonsternowaną minę Annie. Podniósł się i oparł na jednym łokciu. – Mówiłaś, że twój tata był kapitanem drużyny, a twojemu bratu też całkiem nieźle idzie. Dlaczego nie próbowaliście dostać się do drużyny? Przecież lubisz quidditcha – zapytał Harry, obserwując ją uważnie. Ron także się podniósł, usiadł po turecku i spoglądał na Annie nad ramieniem Hermiony.
- Mama nam nie pozwala – wymamrotała Annie. Ron wytrzeszczył oczy.
- Dlaczego?... – zapytali chórem Ron, Harry i Hermiona.
- To długa historia… - odpowiedziała. Hermiona uśmiechnęła się wyczekująco. Annie westchnęła. – To było dwadzieścia lat temu. Podczas treningu na dzień przed ostatnim meczem sezonu moja mama za mocno oberwała tłuczkiem i trafiła do Skrzydła Szpitalnego. Tata uparł się, żeby to ciocia Kate ją zastąpiła. Mama się zgodziła, nie chciała, żeby drużyna grała w osłabionym składzie.
- Twoi rodzice…- zaczął Ron, ale Hermiona weszła mu w zdanie.
- Ciii, nie przerywaj – syknęła, szturchając go.
- Tego dnia strasznie lało i była okropna wichura – kontynuowała Annie. – Ciocia Kate świetnie spisywała się na pozycji ścigającego, mimo tak złej pogody… Tata był pałkarzem. Znakomitym pałkarzem. Z całej siły odbił tłuczka w stronę ścigającego Ślizgonów, który próbował strącić ciocię z miotły i odebrać jej kafla, ale ten w ostatniej chwili się uchylił… Cios był śmiertelny. Mama do dziś nie może sobie wybaczyć, że zgodziła się na udział cioci w tamtym meczu. Dlatego mnie i mojemu bratu nie pozwala zbliżyć się do miotły nawet na krok. Ćwiczymy w tajemnicy. Dołączenie do drużyny to samobójstwo – dokończyła Annie łamiącym się głosem. Pojedyncze łzy zdobiły jej policzki.
Ron głośno przełknął ślinę. Hermiona, która siedziała najbliżej Annie, objęła ją mocno ramieniem, gładząc ją po włosach.
- To nie była ich wina – powiedziała cicho. – To był wypadek.
- Nie powinienem cię o to pytać. Wybacz – wymamrotał Harry, odwracając wzrok.
- To ja was przepraszam – odparła Annie. Otarła nos rękawem szaty i wysunęła się z objęć Hermiony. - Nie powinnam opowiadać wam takiej historii – dodała, podnosząc się i nim ktokolwiek z pozostałej trójki zdążył się odezwać, wyszła z Pokoju Życzeń, zamykając za sobą skrzypiące drzwi.

Droga prawdziwej miłości nigdy nie jest gładka...

komentarze [9]




odwiedzających

Parę słów o nas

poznaj
pokochaj

Księga
dopisz się
obejrzyj

Dawne dzieje
2006
sierpien (1)
październik (1)
listopad (1)
grudzień (2)

2007
styczeń (1)
luty (1)
marzec (1)
kwiecień (1)
maj (1)
czerwiec (2)
lipiec (1)
sierpien (1)
wrzesień (1)
listopad (1)
grudzień (1)

2008
styczeń (1)
luty (1)
marzec (1)
kwiecień (1)
maj (1)
czerwiec (1)
wrzesień (1)

2009
kwiecień (1)



Przyjaciele
eithneamor--vincit--omniaoceny-felix-felicisen-aimantflames-of-loveza-bramagraficzna-garderobaobiecaj-migabinet-cieniecha-dawnych-latpodwojna-gra
Moje jestestwo
Mój świat
Ginny's memories...

Świat magii
Newsy ze świata HP
Grafika H/Hr

Przyjaciele
Beautiful mind...



Szablon
Wykonany przez Inés specjalnie dla kocham-cie. Więcej na graficznej-garderobie.
Nie tykać!